ROZDZIAŁ VI
POCIĄGIEM DO
GWIAZD
Minęły
już dwa kolejne tygodnie. Jeremy i Fritz obiecali mi, że nie powiedzą nikomu o
wcześniejszych wydarzeniach. W ogóle nie było mnie tam od tego czasu i kilka
rzeczy się posypało. Miałam też dłuższą chwilę aby pomyśleć… nie spodziewałam
się „takiego” ruchu ze strony kogokolwiek, a szczególnie ze strony najlepszego
kumpla. Zaczęłam się też zastanawiać czy to były tylko emocje, czy coś co miał w planach zrobić? Za każdym razem kiedy chciałam go o to spytać szybko zmieniał
temat, jakby nie chciał i jednocześnie na odwrót. No to kolejna rzecz która tak
strasznie mnie męczyła… w sumie nawet bardziej niż zniknięcie Vincenta. Agh.
W końcu
wracałam z pracy. Już dawno zapomniałam podstaw i tajemnicze telefony musiały
mi wszystko przypomnieć. W dodatku jego głos, Phone Guy’a (z Jeremy’m tak go
nazwaliśmy, nigdy nie podał swojego prawdziwego imienia), zaczął wydawać mi się
diabelnie znajomy i słuchałam wszystkiego co mówił z utęsknieniem. W jednym
momencie zaczęłam nawet płakać, kompletnie nie wiedziałam co się dzieje….
W
każdym razie, znowu przechodziłam obok starej stacji i co to by był za dzień gdyby nic się nie
właśnie tu nie stało. Wtem usłyszałam gwizdanie. Cóż, po co było się
zastanawiać, i tak wiedziałam że to on! Vincent! Tylko ten człowiek umiał tak
pięknie przedstawiać melodie cokolwiek by robił.
Chłopak
wychylił się zza lokomotywy i pomachał mi z uśmiechem. Podbiegłam do niego
prawie płacząc.
- Powoli!
– zaśmiał się cicho.
- Vincent! – krzyknęłam i rzuciłam mu się na
szyję. Szybko zrozumiałam to co właśnie zrobiłam i puściłam go czerwieniąc się.
– Dawno się nie widzieliśmy… - nerwowo przetarłam kark.
- I z tego co widzę dobrze się trzymasz!
Rzeczywiście. Czułam się świetnie.
Vincent wlazł do kabiny lokomotywy i zaczął
majstrować przy czymś w stylu konsolki.
- Co właściwie robisz z tym pociągiem? –
spytałam zaglądając do środka.
- Jakiś rok temu zacząłem go naprawiać.
Czasami jest ciężko ale nie poddaję się. Ugh… masz może latarkę?
- Po co… po co to robisz? – no tak, miałam
latarkę. Zaczęłam ja nosić ją ze sobą od ostatniego wypadku z rozładowaniem
starej. Wyjęłam ją z torby i podałam mu.
- W dzieciństwie dość często nim jeździłem i…
eee… ‘kumplowałem’ się z maszynistą. Sam chciałem nim zostać. A teraz… gdy już
nie żyje… zostawił go samemu sobie… pomyślałem… po prostu chciałem go naprawić
i trochę nim pojeździć. Zostały jeszcze tylko wskaźniki i gotowe. Ale to chyba nic złego… nie?
- Mam nadzieję. Nie chciałabym zobaczyć w gazecie reportażu o ‘Fioletowłosym
złodzieju lokomotyw’.
Uśmiechnął
się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz