ROZDZIAŁ
IV
BONNIE.
Była
już szesnasta. Postanowiłam wyjść na dwór żeby troszkę się dotlenić i zobaczyć
jak tam w pizzerii. Oczywiście nie zrezygnowałam ze swojej zmiany, w końcu nie
czułam się aż tak źle.
Jakiś
czas później doszłam już do mojego ‘kochanego’ miejsca pracy. Zdążyłam pięć
minut przed zamknięciem, właściciel strasznie się zdziwił. Mówił o wiadomości,
którą ode mnie dostał, ponoć miałam nie przyjść. No tak, Vincent wszystko
przemyślał. Respekcik. Jeremy stał w korytarzu i grzebał we Freddy’m.
- Ugh…
hej! – powiedział gdy tylko mnie zobaczył zaprzestając na chwilę pracy.
- Cześć –
odpowiedziałam. – Co jest?
- Coś
stało się z jego obwodami – powrócił do roboty. – Oderwał Boniaczowi łapę i
rzucił nią w Chice. Foxy tylko został nienaruszony. Dziwne, nie?
- Dziwne,
dziwne… - przypomniałam sobie o wczorajszych wydarzeniach. Freddy jako dowódca
wściekł się pewnie na tą dwójkę, że mnie nie zaatakowali. Agh, no tak, wy
pewnie nie wiecie. Animatroniki żyją i mają swoje własne uczucia. Ich duszę są…
em… tak jakby… podzielone na dwie części. Jedna jest dobra, a druga zła.
Niestety nie da się tego kontrolować. Poza tym większość rzeczy robią
kompletnie nieświadomie. – Może Ci pomóc?
- W sumie
to już skończyłem – z powrotem włożył mu maskę. – No i gotowe. Powinien działać
poprawnie. A tak w ogóle – spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczętami. – Jak
poszła zmiana?
O
cholera. Co miałam mu powiedzieć? „Wiesz, Liasiaty urąbał mnie swoją szczęką i
leżałam w kałuży własnej krwi, czyli noc jak noc!”?
- Ten…
było dobrze, praktycznie cały czas miałam spokój – lekko poczerwieniałam. – A
ty? Odpocząłeś?
- Jak
nigdy! – przeciągnął się. – Jeszcze raz dziękuję i przepraszam. Na serio nie
czuję się w porządku z tym, że miałaś moją wartę… - nie ja tylko Vincent.
- A teraz?
- Co
teraz?
- Mogę
wziąć wartę za Ciebie?
Zaryzykowałam. Bałam się, że znowu zdarzy się to samo i to ktoś będzie
musiał ratować mnie.
- Nie. Tym
razem ja wezmę twoją.
- Nie, nie
trzeba…
- Trzeba.
- Ale ja
nie chce. Ej, a mogłabym przynajmniej z tobą posiedzieć?
W jego
oczach zobaczyłam dziwny błysk.
- Lepiej
nie…
-
Dlaczego?
- Po
prostu nie możesz.
- Nawet
jakbym przykuła się tam łańcuchami?
Uśmiechnął się krzywo.
- No
dobra, jak Ci na tym tak bardzo zależy…
Uściskałam go. Wiem, że czasami omdlewał i
chciałam upewnić się, że wszystko będzie dobrze. Teraz on był najważniejszy.
Jakąś
godzinę później zajmowaliśmy już miejsca. W końcu miałam okazje z nim pogadać.
Przez ostatni tydzień jakoś strasznie mnie olewał i nie miałam pojęcia co się
podziało. A na początku był taka miłą, otwartą osobą… zmienił się. Oj, bardzo.
Przez
dłuższy czas siedzieliśmy w milczeniu.
- To… jak
tam? – spytałam.
- Dobrze,
czuję się już lepiej.
- Dlaczego
mnie olewałeś przez ten tydzień…? – wybuchłam. To pytanie dręczyło mnie od
kilku dni.
-
Olewałem? Ugh… prawda, miałem mało czasu wolnego ale nie pomyślałbym, że mogę
Cię tym tak strasznie urazić… w ogóle nie chciało mi się z nikim gadać, miałem
dużo spraw do obmyślenia.
- Ahh…
przepraszam. Nie miałam pojęcia…
- Nic się
nie stało – uśmiechnął się.
Zakręciło mi się w głowie. Spojrzałam w dół, na koszulce widziałam
malutką plamę krwi. Coś jest nie tak…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz