niedziela, 8 marca 2015

Nocą - Rozdział IV:Bonnie. Cz I/II

ROZDZIAŁ IV

BONNIE.
     Była już szesnasta. Postanowiłam wyjść na dwór żeby troszkę się dotlenić i zobaczyć jak tam w pizzerii. Oczywiście nie zrezygnowałam ze swojej zmiany, w końcu nie czułam się aż tak źle.
     Jakiś czas później doszłam już do mojego ‘kochanego’ miejsca pracy. Zdążyłam pięć minut przed zamknięciem, właściciel strasznie się zdziwił. Mówił o wiadomości, którą ode mnie dostał, ponoć miałam nie przyjść. No tak, Vincent wszystko przemyślał. Respekcik. Jeremy stał w korytarzu i grzebał we Freddy’m.
  - Ugh… hej! – powiedział gdy tylko mnie zobaczył zaprzestając na chwilę pracy.
  - Cześć – odpowiedziałam. – Co jest?
  - Coś stało się z jego obwodami – powrócił do roboty. – Oderwał Boniaczowi łapę i rzucił nią w Chice. Foxy tylko został nienaruszony. Dziwne, nie?
  - Dziwne, dziwne… - przypomniałam sobie o wczorajszych wydarzeniach. Freddy jako dowódca wściekł się pewnie na tą dwójkę, że mnie nie zaatakowali. Agh, no tak, wy pewnie nie wiecie. Animatroniki żyją i mają swoje własne uczucia. Ich duszę są… em… tak jakby… podzielone na dwie części. Jedna jest dobra, a druga zła. Niestety nie da się tego kontrolować. Poza tym większość rzeczy robią kompletnie nieświadomie. – Może Ci pomóc?
  - W sumie to już skończyłem – z powrotem włożył mu maskę. – No i gotowe. Powinien działać poprawnie. A tak w ogóle – spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczętami. – Jak poszła zmiana?
     O cholera. Co miałam mu powiedzieć? „Wiesz, Liasiaty urąbał mnie swoją szczęką i leżałam w kałuży własnej krwi, czyli noc jak noc!”?
  - Ten… było dobrze, praktycznie cały czas miałam spokój – lekko poczerwieniałam. – A ty? Odpocząłeś?
  - Jak nigdy! – przeciągnął się. – Jeszcze raz dziękuję i przepraszam. Na serio nie czuję się w porządku z tym, że miałaś moją wartę… - nie ja tylko Vincent.
  - A teraz?
  - Co teraz?
  - Mogę wziąć wartę za Ciebie?
     Zaryzykowałam. Bałam się, że znowu zdarzy się to samo i to ktoś będzie musiał ratować mnie.
  - Nie. Tym razem ja wezmę twoją.
  - Nie, nie trzeba…
  - Trzeba.
  - Ale ja nie chce. Ej, a mogłabym przynajmniej z tobą posiedzieć?
     W jego oczach zobaczyłam dziwny błysk.
  - Lepiej nie…
  - Dlaczego?
  - Po prostu nie możesz.
  - Nawet jakbym przykuła się tam łańcuchami?
     Uśmiechnął się krzywo.
  - No dobra, jak Ci na tym tak bardzo zależy…
     Uściskałam go. Wiem, że czasami omdlewał i chciałam upewnić się, że wszystko będzie dobrze. Teraz on był najważniejszy.

     Jakąś godzinę później zajmowaliśmy już miejsca. W końcu miałam okazje z nim pogadać. Przez ostatni tydzień jakoś strasznie mnie olewał i nie miałam pojęcia co się podziało. A na początku był taka miłą, otwartą osobą… zmienił się. Oj, bardzo.
     Przez dłuższy czas siedzieliśmy w milczeniu.
  - To… jak tam? – spytałam.
  - Dobrze, czuję się już lepiej.
  - Dlaczego mnie olewałeś przez ten tydzień…? – wybuchłam. To pytanie dręczyło mnie od kilku dni.
  - Olewałem? Ugh… prawda, miałem mało czasu wolnego ale nie pomyślałbym, że mogę Cię tym tak strasznie urazić… w ogóle nie chciało mi się z nikim gadać, miałem dużo spraw do obmyślenia.
  - Ahh… przepraszam. Nie miałam pojęcia…
  - Nic się nie stało – uśmiechnął się.

     Zakręciło mi się w głowie. Spojrzałam w dół, na koszulce widziałam malutką plamę krwi. Coś jest nie tak…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz