ROZDZIAŁ VIII
PRAWDA
No to
jestem na stacji. Tylko gdzie jest Vincent? Pociąg stał w swoim ‘hangarze’
najwidoczniej nieruszany od kilku dni, w jego małym warsztacie również nie było
po nim śladu. Rozejrzałam się tam dokładniej i zauważyłam coś podobnego do
szkieletu leżącego w kącie. Było częściowo przykryte płótnem czy czymś w tym
stylu.
Wtedy
do środka wszedł Vincent. Obróciłam się w jego stronę.
- Ugh…
przepraszam Cię, nie wiedziałem, że przyjdziesz tak w czas! – powiedział
odkładając torbę na małe biurko po lewej. – Długo musiałaś czekać?
- Nie, w
zasadzie to przed chwilką przyszłam.
-
Widziałaś już endo-szkieleta?
- Co
takiego?
- Endo-szkielet
to ten robocik w środku animatroników. A ja ostatnio znalazłem jednego z nich!
– powiedział dumny z siebie i ściągnął płótno z tego czegoś. Pierwsze co
rzuciło mi się w oczy: ogromne oczy do nieproporcjonalnie małej ‘czaszki’.
Wyglądało to okropnie, jednak strasznie zaciekawiało.
- Jak to w
ogóle działa? – spytałam po dłuższym czasie ciszy.
- Nijak –
sięgnął do jego żeber i otworzył w nich małą klapkę. – Nie ma pompy. Kiedyś tu
była.
- A teraz
gdzie jest?
Osłupiał.
- Gdzieś
na pewno. Może wcale nie aż tak daleko?
- Kto wie.
Takie rzeczy zawsze trudno znaleźć.
- Tia.
Bardzo trudno…
Nie
mogłam się powstrzymać i dotknęłam czaszki tego oto dziwactwa. Znowu poczułam
straszny ból w okolicach serca, tym razem z poczwórną siłą. Starłam się tego
nie pokazywać i uśmiechać cały czas, uśmiech ten przerodził się jednak w coś
paskudnego. Nie mogłam go puścić. Szeptał do mnie.
Zaraz,
zaraz… o co tu chodzi…?
Chłopak odciągnął moją rękę od szkieletu i
przez chwilkę podtrzymał. Nawet nie spytał co się dzieje. Podsunął mi krzesło i
poleciał do biurka, grzebał w szufladach. Wyciągnął z nich jakieś papiery
mamrocząc coś pod nosem.
Przejrzał je dokładnie i spuścił głowę w dół.
- To
niemożliwe…
- Co
jest…? – spytałam wstając. Już prawie wszystko wróciło do normy.
Vincent
zamilkł. Widziałam tylko kolejne łzy spływające po jego policzkach.
- Foxy… on…
uszkodził twoje serce – wydusił bo jakimś czasie. – Musiałem Cię ratować… ale
ja jestem cholernie głupi…
Chyba
wiem, o co mu chodzi… ale nie chciał wyrządzić mi krzywdy. Chciał tylko pomóc,
dzięki niemu dalej tutaj jestem… nie chce się na niego gniewać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz