ROZDZIAŁ VII
PŁACZ
Marionetka rozpłakała się.
- Puppi, już cicho, wszystko będzie dobrze,
trzeba tylko odmalować… - próbowałam ją pocieszyć. Przytuliłam ją. Biedulka…
nie dość, że cały czas musi chodzić w tej cholernej masce to w dodatku wszyscy
ją dobijają z powodu wieku. Jest z nich wszystkich najmłodsza, ma jakieś
trzy-cztery lata.
- Nie będzie dobrze, nigdy, nigdy, nigdy! –
otarłam jej małe łzy. – Oni mnie nienawidzą.
- To nie prawda, Bonnie Cię lubi.
- Ale ja nie o tych animatronikach! No, nie
wliczając Freddy’ego. Chodzi mi o zabawki. Ta trójka ze sceny mnie prześladuje…
brakuje im jeszcze tylko lisa do ekipy. Ja miałam go zastępować ale zamknęli mnie
w pudełku… dlaczego wszyscy mnie tak strasznie nienawidzą? – wybuchła jeszcze
gorszym płaczem. Naprawdę było mi jej żal…
Jakiś czas później skończyłam odmalowywać
jej oko i fragmenty ‘skóry’. Strasznie się ucieszyła, mogła już widzieć i wyglądała
wprost świetnie, nie żebym się chwaliła czy coś. Postarałam się też wytłumaczyć
jej, że już nigdy więcej mogłybyśmy się nie spotkać. Powiedziała mi, że będzie
za mną tęskniła i nigdy o mnie nie zapomni. No i znowu się rozpłakała.
Kiedy po raz setny mi podziękowała i
obiecała, że nie będzie płakać założyła maskę i odesłałam ją do pudła.
Porządnie nakręciłam pozytywkę i zaczęłam się zbierać. Reset zaczyna się za
pięć minut.
Następnej nocy wpadł do mnie Bonnie.
Marionetka spała, inne animatroniki zajęły się swoimi sprawami i nie wtykały
nosa w to co my robiliśmy. Jakiś czas przed wartą udało mi się znaleźć obydwoje
oczu królika oraz maskę. Niezmiernie się ucieszył kiedy mu to powiedziałam.
Jeremy uczył mnie jak naprawia się animatroniki, może jeszcze coś pamiętam.
- No i gotowe! – powiedziałam zakańczając
przyszywanie maski do głowy kochanego Boniacza. Nie zrobiłam może tego jakoś
super mistrzowsko, ale wyglądało dość okay. Oczy też zadziałały. Za każdym
razem gdy dotykałam jakiegoś niepodpiętego przewodu zaczynało boleć mnie serce.
Podejrzane…
- Dziękuję – rozklejał się przytulając mnie.
Klatka piersiowa bolała mnie coraz bardziej, ale co tam. Dobrze, że się cieszy.
To takie świetne uczucie kiedy wiesz, że komuś pomogłeś.
Wyszłam na zewnątrz. Pogoda coraz
bardziej się psuła – zbierały się czarne chmury zasłaniające piękne wschodzące
słońce. Niby wiosna a jednak nie.
Na drzwiach domu zauważyłam małą
karteczkę. Na samym początku mogłam już zauważyć, że była od Vincenta – fioletowy
atrament. Co on ma z tym kolorem?
Cześć Cherry!
Znalazłabyś jutro
chwilkę?
Jeśli tak to super.
Przyjdź na stację około szesnastej.
Vincent
Spoko. Nie ma problemu. W sumie to dawno
go nie widziałam, fajnie by było znowu pogadać. Jedyne czego się boje to tego,
że której z nas może zrobić coś głupiego.

Uwielbiam tą serię
OdpowiedzUsuńHieheheh, pochłonęłam już wszystko i chcę więcej :3 bardzo mi się opowiadanie podoba, naprawdę potrafi zaciekawić i zaintrygować. (Mein God, ja chcę wiedzieć co się jej z serduszkiem dzieje) wiec czekam na dalsze części.
OdpowiedzUsuńTeż chcę umieć tak pisać Meh ;w;
Pozdrowionka, Judisu~