poniedziałek, 9 marca 2015

Nocą - Rozdział IV:Bonnie. Cz. II/II

ROZDZIAŁ IV


BONNIE.
  - Wszystko okay? –spytał.
     Przełknęłam ślinę i wzięłam oddech.
  - Taak, wszystko dobrze… - znowu skłamałam. Czułam się fatalnie.
  - Nie wydaję mi się – przyłożył mi rękę do czoła. – masz gorączkę…
  - Nic mi nie jest.
     Zapadła bezradna cisza. Jeremy sięgał już po słuchawkę telefonu, kiedy usłyszałam ciche szlochanie.
  - Słyszysz? – wyszeptałam.
     Spojrzał na mnie pytająco.
  - Płacz. Ktoś płacze.
  - Przesłyszało Ci się.
  - Ja naprawdę go słyszę.
     Jeremy włączył latarkę. W korytarzu stał Bonnie. Bez łapy, jak on sam mówił.
  - Dalej nie słyszysz?
     Wepchnął mi w ręce maskę
  - Zakładaj, ja się nim zajmę.
     Położyłam ją na stolę, wstałam tracąc równowagę i podeszłam do niego. Z oczodołów wyciekał mu jakiś płyn. Przykucnął przede mną i położył łapę na ramieniu. Zwinęłam się z bólu, na widok tego od razu ją ode mnie odsunął.
  - Oszalałaś?! – wyszeptał chłopak troszkę wyższym głosem.
    Nie słuchałam go. Teraz ktoś inny do mnie mówił. Bonnie...
  - Freddy wie co się wczoraj stało – powiedział głosem małego chłopczyka. – Mówi, że nie chce… on… oszalał… musisz się schować…
     Echem zabrzmiał Marsz Toreadora. Powoli się wycofał. Wzięłam zapasową maskę i usiadłam przed biurkiem w gotowości. Nastała cisza. Chwilę późnej usłyszałam również dziecięcy głos, tym razem wydawał się dojrzalszy. Freddy już tu był.
  - Co znowu zrobiłeś, głupku?! – wydarł się.
  - Nic Freddy, naprawdę nic, przyjacielu… - odpowiedział z wyczuwalnym strachem królik.
  - Kłamiesz.
  - Nie, ja bym nigdy nie skła…
     Urwało się. Zaraz po tym do pokoju wpadła oderwana maska Boniacza, a za nią leciało zmasakrowane, robotyczne oko. Biedaczek… no i teraz czas było na kroki. Ciężkie i powolne słychać coraz bliżej a ja w kompletnej panice. Wlazł do pokoju. Miał już ruszyć w moją stronę gdy tu nagle… wyłączył się? Czy on NAPRAWDĘ się wyłączył? Ściągnęłam maskę i wstałam. Nie mogłam uwierzyć.
  - Jak to w ogóle możliwe? – spytałam. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie.
  - Nieważne… - spojrzałam w jego stronę. – ważne jest to, że w ogóle żyjesz, Idiotko.
     Pocałował mnie.  Po tym padłam na kolana. Nie miałam już siły. Z rany znowu zaczęła lecieć mi krew, Jeremy potrząsnął mną kilka razy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz