ROZDZIAŁ
IV
BONNIE.
- Wszystko
okay? –spytał.
Przełknęłam ślinę i wzięłam oddech.
- Taak,
wszystko dobrze… - znowu skłamałam. Czułam się fatalnie.
- Nie
wydaję mi się – przyłożył mi rękę do czoła. – masz gorączkę…
- Nic mi
nie jest.
Zapadła
bezradna cisza. Jeremy sięgał już po słuchawkę telefonu, kiedy usłyszałam ciche
szlochanie.
-
Słyszysz? – wyszeptałam.
Spojrzał na mnie pytająco.
- Płacz. Ktoś płacze.
-
Przesłyszało Ci się.
- Ja
naprawdę go słyszę.
Jeremy
włączył latarkę. W korytarzu stał Bonnie. Bez łapy, jak on sam
mówił.
- Dalej
nie słyszysz?
Wepchnął mi w ręce maskę
- Zakładaj,
ja się nim zajmę.
Położyłam ją na stolę, wstałam tracąc równowagę i podeszłam do niego. Z
oczodołów wyciekał mu jakiś płyn. Przykucnął przede mną i położył łapę na
ramieniu. Zwinęłam się z bólu, na widok tego od razu ją ode mnie odsunął.
-
Oszalałaś?! – wyszeptał chłopak troszkę wyższym głosem.
Nie
słuchałam go. Teraz ktoś inny do mnie mówił. Bonnie...
- Freddy
wie co się wczoraj stało – powiedział głosem małego chłopczyka. – Mówi, że nie
chce… on… oszalał… musisz się schować…
Echem
zabrzmiał Marsz Toreadora. Powoli się wycofał. Wzięłam zapasową maskę i
usiadłam przed biurkiem w gotowości. Nastała cisza. Chwilę późnej usłyszałam
również dziecięcy głos, tym razem wydawał się dojrzalszy. Freddy już tu był.
- Co znowu
zrobiłeś, głupku?! – wydarł się.
- Nic Freddy,
naprawdę nic, przyjacielu… - odpowiedział z wyczuwalnym strachem królik.
-
Kłamiesz.
- Nie, ja
bym nigdy nie skła…
Urwało
się. Zaraz po tym do pokoju wpadła oderwana maska Boniacza, a za nią leciało
zmasakrowane, robotyczne oko. Biedaczek… no i teraz czas było na kroki. Ciężkie
i powolne słychać coraz bliżej a ja w kompletnej panice. Wlazł do pokoju. Miał
już ruszyć w moją stronę gdy tu nagle… wyłączył się? Czy on NAPRAWDĘ się
wyłączył? Ściągnęłam maskę i wstałam. Nie mogłam uwierzyć.
- Jak to w
ogóle możliwe? – spytałam. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie.
-
Nieważne… - spojrzałam w jego stronę. – ważne jest to, że w ogóle żyjesz,
Idiotko.
Pocałował mnie. Po tym padłam na
kolana. Nie miałam już siły. Z rany znowu zaczęła lecieć mi krew, Jeremy
potrząsnął mną kilka razy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz