ROZDZIAŁ VI
POCIĄGIEM DO
GWIAZD
Stałam przed domem grzebiąc w torbie i
zadawałam sobie pytanie: „Gdzie są moje klucze?!” . Ugh. No tak. Pewnie
zaczepiły się o latarkę i upadły na ziemie gdy ją wyciągałam. Ale ja mam
cholernego pecha…
Biegłam na stacje ile sił w nogach. W tak
głupi sposób zgubić klucze… dobra, jeszcze tylko kawałek…
Dobiegłam i rozejrzałam się szybko. Są.
Jaka ulga.
Wtem w kabinie lokomotywy, stojącej tuż
obok mnie, rozbłysło światło. Vincent stał w środku. Wyciągnął rękę w moją
stronę i spytał:
- Pojedziesz ze mną, lady?
W jego oczach zobaczyłam piękny blask.
Ufam mu. Naprawdę mu ufam. To czemu miałabym nie wsiąść? Złapałam jego rękę.
Pociąg ruszył. Chłopak uśmiechnął się i
zmierzwił swoje włosy. Siedział nad tą zepsutą maszyną ponad rok i sprawił, że
zadziałała. Waaa. Jest genialny. Nigdy w życiu żaden człowiek nie wywarł na
mnie tak pozytywnego wrażenia.
Wjechaliśmy do tuneli zostawiając za sobą
słabe światło dnia.
- A teraz patrz! – wcisnął czerwony guzik
umiejscowiony tuż obok wyjścia. Na ścianach oplecionych roślinami zapaliły się
różnokolorowe światełka.
- Jak to zrobiłeś…? – zapytałam szeptem
oczarowana widokiem.
- Normalnie. Wczoraj skończyłem wszystko podpinać.
Sam dopiero teraz widzę efekty, nie jest tak źle…
- Nie jest źle? Przecież to jest genialne!
Wprost magiczne…
- To poczekaj tylko na wodospad.
- Coo…?
- Stare tunele moją sprawiać wielkie
niespodzianki. Patrz na lewo, za chwilkę się pojawi!
W oddali ujrzałam słabe światełko,
zbliżało się z każdą chwilą. Z oddali rozniosło się echo pluskającej wody. Ugh,
jesteśmy coraz bliżej.
Poczułam świeży, ożywiający powiew wiatru na
mojej twarzy. Wjechaliśmy do tak jakby… małej jaskini? Tak, można by to tak
nazwać. W wysokim sklepieniu była dość duża dziura, na ‘ścianie’ tuż obok niej
znalazła się szpara, z której wylewała się woda. Spływała do małego jeziorka
wyrytego w skale, gdy wylewała się z kiego można było zobaczyć słabą tęczę.
Słabą ale zawsze tęczę. Mateńko, dawno nie widziałam tak pięknego widoku.
Miałam ochotę wysiąść i zamoczyć ręce w
tej przejrzystej wodzie. Gdy podeszłam do małego otworu po lewej stronie, które
imitowało okno bez szybki, i wyciągnęłam rękę do przodu Vincent złapał mnie za
nią.
- Nawet nie próbuj
uciekać.
Odwróciłam twarz w jego stronę i
uśmiechnęłam się. Poczułam w sercu drobniutki ruch i właśnie wtedy Vincent
zbliżył, na dość niebezpieczną odległość, swoje usta do moich. Z oka puściła mi
łza. Zalałam się rumieńcem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz