ROZDZIAŁ III
ZBYT MAŁO CZASU.
Otworzyłam oczy i
wzięłam pierwszy oddech. Miałam wrażenie, że się dusze. Wszystko szybko się
ustabilizowało. Vincent, jakby nigdy nic, grał cichutko na gitarze i
podśpiewywał:
Ra ra ra ra hum ra…
Złotego stroju już nie ma…
Radujmy się po wsze czasy,
Wolni zawsze bez wstydu ludzkiej rasy…
Ra ra ra ra hum ra…
Usiadłam bez większych problemów. Chłopak spojrzał w moją stronę.
- Jak tam
się czujesz? – spytał wymuszając uśmiech. Spojrzałam w dół. Koszula i bluzka
zaplamione krwią, coś w stylu bandaża pod spodem.
- Nie jest
źle – odpowiedziałam dalej wpatrując się w zakrwawione ubrania z zaciekawieniem.
– Mogło być gorzej. No i dziękuję – spojrzałam na niego i pokazałam swój
najładniejszy uśmiech na jaki miałam tyko siłę.
- Nie ma o
czym mówić – posmutniał i wrócił do gitary.
- Jest,
jest.
- A
właśnie, że nie…
- Chyba
nie zdajesz sobie sprawy z tego, co zrobiłeś – spojrzałam pod koszulkę. Krew
już praktycznie nie wyciekała. Ugh, ale to paskudnie musiało wyglądać…
- Zdaję i
to świetnie. ‘Ty uratowałaś mnie, ja uratowałem Ciebie’, jak to się mówi –
znowu zaczął grać tę samą melodię.
- Pff, ja
uratowałam Ciebie? Odgarnęłam parę kamieni i tyle. Nic więcej – spróbowałam
wstać.
- Nie
radzę chodzić – powiedział. Wiedział co chciałam zrobić. Niezły jest! – To
‘parę kamieni’ uratowało mnie przed amputacją ręki. Poza tym nic nigdy nie dzieję się przypadkiem,
widocznie tak miało być. No i wiesz… przydała się.
Najpierw pomyślałam o gitarze. Chwilkę później dotarło do mnie, że mówił
o czymś zupełnie innym. Wszędzie było czysto i nie było witać żadnego śladu po
poprzednich wydarzeniach. W końcu spytałam:
- Co się
działo kiedy… em… ‘spałam’?
Dźwięk
gitary nagle ucichł, chłopak wlepił oczy w podłogę.
- Nic –
odpowiedział szybko i znowu zaczął grać. - Zupełnie nic.
- Weź
przestań – miałam tego dość. – Chyba mam prawo wiedzieć co się ze mną działo!
- Masz,
masz – usłyszałam pociągnięcie nosem. - Ale nie wiem jak Ci to wytłumaczyć.
- Co…
wytłumaczyć? – poważnie się zaniepokoiłam.
Nastała
głucha cisza
- Nieważne
–powiedział po jakimś czasie. - Ciesz się, że w ogóle żyjesz, nie było to wcale
takie proste.
- Ale… co?
Nie rozumiem już niczego…
- Foxy
wyrządził Ci naprawdę wielką krzywdę, na szczęście udało mi się coś z tym
zrobić. Z tego co wiem powinno szybko się zagoić. Nie zostaną też jakieś trwałe
ślady. Trzeba było wszystko zszyć. Nawet nie masz pojęcia ile jest w tym biurze
przydatnych rzeczy…
Osłupiałam. On… mnie… ‘szył’?
- Wiem co
teraz przelatuję Ci przez głowę. Też bym o tym myślałem. Niby mogłem zadzwonić
po pogotowie, pójść po jakaś pomoc… wolałem jednak załatwić to w taki sposób.
Animatroniki były aktywne i zrobiłyby im krzywdę. I tak, wiem, to w żaden
sposób mnie nie usprawiedliwia.
Animatroniki…
no tak, animatroniki! Usłyszą dźwięk gitary i przylezą tutaj!
- Przestań
grać… błagam! – powiedziałam zdenerwowana.
- A co,
nie podoba Ci się? – na jego twarzy zagościł nowy, dawniej nieznany mi,
uśmiech.
- Nie…
animatroniki, zapomniałeś…?
- Pamiętam
o nich. Nie przyjdą. Są wyłączone.
- Jak to?!
- Spójrz
na zegar, moja droga!
Wpół do
szóstej. No tak, reset systemu… kto by się spodziewał. To też oznacza, że
leżałam tu nieprzytomna jakieś… dziesięć
godzin? Biedny Vincent… tyle czasu tutaj siedzieć… i to przeze mnie.
Wzięłam wartę za kolegę a nawet swojej nie wykonałam. Co ze mnie za strażnik…
- Ahh…
przepraszam Cię bardzo… przeze mnie musiałeś siedzieć tu ponad dziesięć godzin.
Tak strasznie mi głupio…
- Nie
musisz mnie za nic przepraszać – odłożył gitarę i wstał. – Gdybym nie był
zainteresowany choć trochę twoim losem to poszedłbym gdzie indziej i zostawił
ciebie wykrwawiającą się na śmierć. Tak samo z tą wartą. Wolałem zostać i…
‘pomóc’, o ile można to tak nazwać.
- Naprawdę
nie zdajesz sobie sprawy z tego co zrobiłeś… gdyby nie ty leżałabym teraz
martwa i nikt nigdy by się nie dowiedział, co tak właściwie się ze mną stało.
- Zauważyli
by raczej, że plamy na pyszczku Foxy’ego odbiegają trochę od czerwonego
futerka.
- Skojarzyli
by to raczej z Jeremy’m. Gościu miał poważne ugryzienie w głowę od tego samego
animatronika. Ale cóż… trzeba się zbierać.
Spróbowałam wstać, bezskutecznie. Gdy tylko nogi miały przejąć mój
ciężar przestały mnie słuchać i boleśnie upadłam. Vincent podniósł mnie i
pomógł je rozruszać powtarzając: „To normalne, powinno zaraz minąć”.
Kilka
minut później wyszliśmy. O własnych siłach dawałam radę iść i cieszyłam się z
tego. Straciłam ponoć bardzo dużo krwi… no i dopiero teraz pomyślałam o tym co mógł
przeżywać Jeremy. To przecież kompletna rzeźnia! Tylko dlaczego mi o tym nie
powiedział? Pewnie nie chciał mnie ‘martwić’, wiedział, że wzięłabym jego
zmianę... w ogóle ostatnio nie rozmawiamy.
Doszliśmy już do mojego domu. Vincent zmienił mi opatrunek jeszcze raz,
wiedział, że boję się widoków szwów… cała ja. Pożegnaliśmy się, od razu
popędziłam do pokoju żeby odpocząć.
Nie
mogłam zasnąć. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać skąd mój fioletowo
włosy kumpel wiedział o resecie animatroników. I skąd się wziął w tym miejscu o
idealnej porze…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz