sobota, 3 października 2015

Game Master - Rozdział III [1/2]; Pierwsze kroki w przyszłość.

ROZDZIAŁ III

Pierwsze kroki w przyszłość.

Łza za łzą, kosmyk za kosmykiem; raz niebieski, raz to czerwony, fioletowy, rzadziej brązowy, zdarzały się nawet zielone i kremowe, niewidziane tu od dawna, zupełnie jakby świat wariował…
Będzie tęsknił, ale nie ma innego wyboru. Zbyt dobrze wie, że stało się to konieczne.


     Jeremy uchylił powieki, powolutku unosząc głowę. Na samym wstępie szarpnął rękoma, próbując je unieść i jakoś wymacać swój obolały czerep, by pozostać w przekonaniu, że dalej jest w jednym kawałku, jednak nie ruszyło ni ścięgno; ręce – jak i nogi – zostały mocno skrępowane i dowiązane do zielonych kijków, wbitych w dziury w zimnych kafelkach. Dodatkowo, szesnastolatka tulił puchaty Mangle, kurczowo zaciskający jego bluzę oraz nieco zakrwawioną koszulkę w długim, lisim ogonie, nie wliczając już podpierdzielonych słuchawek i samego telefonu.
     Grrr…
     A tak poza tym, był półnagi. Boskooo już na samym wstępie.
     Z odrazą na mordzie odepchnął zgiętymi kolanami najwyraźniej śpiącego lisa, rozglądając się po przyciemnionym i niewyraźnym pomieszczeniu, dalej próbując zorientować się w sytuacji. Powoli zaczął ogarniać, skąd brały się te przyduszone krzyki oraz śpiewy, z każdą chwilą przybierające na głośności.
  - Co tu się… - wydukał z nieludzką trudnością, zerkając jeszcze na swoją klatkę piersiową, umazaną czymś zielonym lvl farba, to w tył na resztki sznura. – CO TU SIĘ ODPINDALA?! – wydarł się pod koniec.
     Ale konkretnej odpowiedzi nie otrzymał; Fredziakowie, oryginalny Foxełe oraz Chica, na całe szczęście w biustonoszu, dalej hopsali energicznie, udając swojego typu niedorozwiniętych Indian, odprawiających jakiś dziwaczny rytuał przed upieczeniem swoich ofiar. Z tyłu natomiast chował się BonBon, naprawiający rozpieprzony grot swojej kochanej, czerwonej gitarki. Stał tuż przy scenie i mruczał coś w stylu „Mnie-się-nie-pytaj”. Oczywiście, całość wypowiedział z opóźnieniem, jak to na niego przystało.
     Jeremy fuknął dość głośno, obracając głowę w porównywalny sposób do obrażonej nastolatki. Przez kilka dobrych minut rozglądał się, przenosząc wzrok to na kolejną osobę, aż zakręciło mu się w głowie. Jego ‘podopieczni’ wirowali zbyt szybko, pomijając już samego Mangla, który wreszcie raczył się obudzić i ponownie przylgnąć do szesnastolatka.
     Nagle ToyBon, widząc, jak Jeremy robi się czerwony na ryju i zielony w kosmykach, wstał i pojawił się przed chłopakiem, jakby znikąd.
  - Chyba już starczy, nie? – odparł po chwili niebieski Boniacz, biorąc Mangla na łapki. Lisiasty, jak to on, znowu zaczął wić się jak gruba glizda, krzycząc coś typu „Oddaj mi Jeremisia!” bądź „Nie możesz zabijać prawdziwej miłości!!!”, na co królik tylko prychał. – Ty Jeremisiomanie…
     Uszaty wepchnął różowemu jakieś tabletki do gardła i odniósł na scenę.
  - Toy Bonnie…? – zaczął cicho szesnastolatek.
  - Kochani! - BonBon zaklaskał jedynie w dłonie, na co wszyscy stanęli na baczność i zasalutowali. – Kończymy! – dodał, na co, z cichymi jękami, rozproszyli się po sali. – I pamiętajcie o Mike’u , będzie tu za dwie godziny…
  - Bon? – zawtórował Jeremy, widząc, jak Foxy podchodzi do sceny, natomiast Chica sięga po miotłę i zaczyna porządkować miejsce zdarzenia. Sam królik wrócił w okolice sceny, szepcząc do czerwonego lisa;
  - Odnieś go do pokoju, ja…
  - KURWA, PODRUBO BONIACZA! – ryknął zniecierpliwiony, półnagi chłopak. – Mówię do CIEBIE!
     Toy Bonnie odgarnął grzywkę ze swoich oczu, parskając cichuteńko. Wyrwał ciuchy Jeremka z uścisku, którym obdarzył je ogon Lisiastego, bonusowo kładąc uszy na sobie, tak automatycznie, na wypadek kolejnego wyładowania młodziaka.
  - Masz – mruknął, rzucając na jego kolana bluzę i zieloną koszulkę. Uklęknął przy zielonych badylach i zabrał się za rozwiazywanie sznura. – Dodatkowo, radzę Ci się udać do łazienki.
  - Hm? – Jeremy mruknął podejrzliwie.
  - Ohh, nie zrozum mnie źle… - mruknął spokojnie. – Po prostu śmierdzisz~. I… twoja głowa. Plus farba, nie wiem, skąd ją wytrzasnęli… - dodał, przecinając ostatni sznur.
     Jeremy zaklął bezdźwięcznie, rozmasowując obolałe kostki i nadgarstki oraz klatkę piersiową, na której dało się jeszcze dojrzeć ślady szminki/pazurów Mangla.
  - Aż nabrałem ochoty na zrobienie pasztetu z lisa… - odparł wreszcie, podnosząc się z ziemi. – Tylko, grzecznie proszę, pilnuj tej Mang-Kluchy, gdy będę pod prysznicem.
     BonBon zaśmiał się krótko i cicho, po czym się ukłonił.
  - Nie wiem, dlaczego i po kiego grzyba mamy Cię słuchać…  ale bądź pewny, że raczej nigdy nie zastosuję się do twoich poleceń, „Panie”~ - zaczął, prostując się. – W każdym razie, dostał silne leki nasenne. Nie wstanie przez kilka najbliższych godzin. I przynajmniej…
  - Starczy – przerwał zielonooki, kierując się w stronę wyjścia.
  - Nie rozumiem Cię, m…
  - Nie jest Ci to potrzebne do życia – westchnął Jeremy, marszcząc brwi i zerkając na jedyną osobę, która pozostała w pomieszczeniu. Znowu jej przerwał.
     Odrzucił głową, obracając się na pięcie i zagłębiając w korytarz.


Stróż, w tej swojej kochanej, niebieskiej koszuli, zaczynał powoli topić się w kałuży własnej krwi. Całość nie wyglądała zbyt ciekawie; ciemna już prawie zakrzepła krew była rozpryśnięta na każdej bielusiej ścianie oraz ciemnym kaflu, w którym światło małej lampki - zawieszonej tuż przy suficie - odbijało się melancholijnie, co chwile to gasnąc, to jeszcze wysypując z siebie gorące skry...W pewnej, dość osobliwej chwili, poprzedzonej psychopatycznym śmiechem, na samym środku pomieszczenia wręcz wyrosła niska dziewczynka z długimi, szarymi włosami, sięgającymi prawie do połowy jej chudziutkich ud, oblepionych resztkami śnieżnobiałego, oczojebnego materiału, pozalepianego ciemnobordową mazią.
Przyklęknęła przy mężczyźnie i szarpnęła za jego krawat, ciągnąc go do góry.

-----

-----

CIĄG DALSZY NASTĄPI.
...
MOŻE.
KIEDYŚ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz