ROZDZIAŁ IV
Notes niezbędny, notes żyć musi.
Jesienne wieczory, jak do tego przywykły, nie raczyły zaskakiwać niezwykłym ciepłem, pozostawiając na swej drodze jedynie przenikliwy chłód, który zniechęcał najgorszego bandziora do wychylenia nosa spoza własnego domu. Tak samo deszcze; padało teraz tak paskudnie często ile liści na drzewach. Ogółem, zaczął się tzw. Hype listny na choroby i masowe L-4 w pracy, nie wspominając już o tym, jaka masakra rozpocznie się w zimie.
Jednak w ludziach zdarzają się wyjątki z tarczą odporności, co również powinno być oczywiste. W naszym świecie był to Rudy, brązowooki mężczyzna; dwudziestopięciolatek krokiem dziarskim i świeżym przemierzał to kolejne ulice miasta, nieraz maszerując pośrodku tych opuszczonych, wygasłych. Pozostawionych samym sobie. Nie przeszkadzało mu to, że co wieczór musiał przechadzać się z zadupia w osobnym mieście do swojej pracy, nie zwalniając tępa, by przypadkiem nie spóźnić się o minutę. Nigdy nie brał tego za nudne. Z prosta uwielbiał swoja pracę. Przyszedłby tu nawet z drugiego końca świata, lecz w końcu natrafiłby na te kochane szklane drzwi, prawda?
No i natrafił. Było wtedy kilka minut po dwudziestej trzeciej.
- Wróciłem~! – krzyknął na samym progu biura, odkładając potężny, wypchany plecak - przygotowany idealnie jak na apokalipsę zombie [bądź atak Snape’ów z szamponem] – tuż pod ciemną szafkę z książkami i jasnymi gwiazdkami w kącie. Tradycyjnie, sięgnął do niego po swój miętowy, grubaśny notes, doczekujący się luźnych kartek, już chwilę później zauważając zielony, jakby laserowy cień. Niska, wyraźnie zielonowłosa postać uwiesiła się ząbkami na dolnym rogu wcześniej wspomnianego przedmiotu, wyżutego już wystarczająco. Jej cienkie, niby-wężowe łapki powędrowały w stronę nogi Fritza, bo tak właściwie nazywał się mężczyzna, który na co tylko się uśmiechnął, biorąc Uszatego na ręce.
Niby miał jakąś urazę do PlushTrapa za to bezczelne podgryzanie jego piśmidła, ale ćśś…
- Co tam dzisiaj maaasz? – szepnął mały, przedłużając. – I przyniosłeś wreszcie tą legendę o Pani Robin? Nową Bajkę? „Zagubionego”? Huuh? – dodał swoim piskliwym, dziecięcym głosikiem, wręcz „błagającym o ciastka”, znowu zbliżając się niebezpiecznie do miętowej okładki z pozłacanym napisem „GONE”. – Poczytasz teraz?
Mężczyzna zaśmiał się cicho i zarazem słodko.
- Proszęęę… - wyszeptał bonusowo.
- Dowiesz się, co tam naskrobałem razem z innymi – mruknął wesoło Rudy Rybek *Tia, musiałam XD Pozdrowienia dla Mateusza* , kierując swoje kroki w stronę schodów. Koniec końców, pokój, eghem, powiedzmy, młodszych znajdował się na piętrze. – W każdym razie, nie będzie to jakimś zaskoczeniem.
- Dowiesz się, co tam naskrobałem razem z innymi – mruknął wesoło Rudy Rybek *Tia, musiałam XD Pozdrowienia dla Mateusza* , kierując swoje kroki w stronę schodów. Koniec końców, pokój, eghem, powiedzmy, młodszych znajdował się na piętrze. – W każdym razie, nie będzie to jakimś zaskoczeniem.
- Czyli opowiadanie?
Postawił nogę na pierwszym stopniu brzozowych schodów. Zaskrzypiało soczyście.
- Może?
- Huh, na pewno coś ciekawego – szepnął.
- Przewidywalnego, więc…
- Zawsze tak mówisz.
- A co? Mam kłamać? – odparł z cichym chichotem, a już na pewno uśmiechem wkradającym się na jego mordkę.
Tu Plushie zmarszczył brwi; zeskanował zjadającym wzrokiem brązowookiego.
- Kłamczysz, kłamco – pchnął go lekko w klatkę piersiową, idealnie wtedy zauważając, że już znaleźli się w dużej sypialni na piętrze. Cztery łóżka, ogromne okno z widokiem na park oraz ulice; akurat w tamtym momencie znalazł się przy nim Bonnie. Nie powiem, Fritz porządnie się zdziwił, gdy tylko przypominał sobie, że to częściej Marionetka przychodziła do młodych, gdy jego nie było…
A co dopiero taki Boniacz.
Nienawidził ich. Bez wyjątku, nawet dla jego przybranego „brata”.
Rudy nie zdążył duknąć nawet słowa, gdy cała trójka – w składzie, Baloniarz ze swoją damską wersją oraz FredBear – wyskoczyła ze swoich łóżek i, niczym jeden mąż, popędzili w stronę mężczyzny, skacząc na biedaka ze wszystkich możliwych dla nich stron. Miał tyle szczęścia, że zdążył przyzwyczaić się do wieczornych ataków. Nawet się nie zachwiał, gdy Plushie z jego rąk prześlizgnął się na plecy, pozwalając chwilowemu fochowi odejść i otulić szyję swoimi jakże zimnymi, metalowymi protezami palców.
Fritz przywitał każdego po kolei, szepcząc coś w stylu „Chyba wystarczy już tych czułości~” i załączając lampkę na wysokiej komodzie. Delikatnie poprosił grupkę o to, by wróciła na łóżek. Tak będzie zdecydowanie wygodniej, jak to sądził. Z opanowaniem jak i czytaniem, plus… ogólną wygodą.
…
Chyba. Jeszcze nie pytał się o to, czy lubią podłogi, jakkolwiek to brzmi.
- To, jeszcze tak spytam… - zaczął po chwili.
Bonnie dalej siedział niewzruszony. Wlepiał różowe ślepia w okno, skanując pustą jezdnię.
- Bardziej odpowiada wam rozdział „Zagubionego” czy… huh… legenda? Bajka? – wyciągnął trzy kartki z notesu i pokazał je każdemu po kolei. Znajdowały się na nich szkice i tytuły poszczególnego gatunku. Po krótkiej, powiedzmy, burzy mózgów, zdecydowali, że wolą posłuchać kolejnego autorskiego rozdziału mężczyzny. Więc klapnął na pufie w kącie i zaczął czytać, oczywiście wprowadzając różne tony i te swoje gesty, na sam widok których idzie się popłakać ze śmiechu. A jednak, uwielbiał je wplatać wszędzie, nawet gdy rozmawiał przez telefon i rozmówca nie miał szany ich ujrzeć.
Niepostrzeżenie, w krótkiej przerwie pomiędzy akapitami, zaczął wędrować wzrokiem po każdej postaci w pokoju, zatrzymując wzrok w każdym punkcie przez chwilę. Przed jego oczyma przewijały się pasiaste koszule, jedna złota i kolejna zielona, pomijając już fioletowego Uszastego, odwróconego tyłkiem, bo okno ważniejsze. I wiecie co? Każdy kolor był dopasowany do ich mechanicznego poprzednika. Działa to trochę tak, jakby kazali im kochać dany kolor. Jakby wstukali im to do głowy magicznym programem. Jednak, jak wspominają, da się do tego przyzwyczaić… zupełnie jak do bycia niańką z bonusowym lvlem higienistki i nauczycielki, którą został brązowooki Fritz. Można powiedzieć wręcz, że został ich przybranym rodzicem z dożywotnim macierzyńskim. Ale, nie myślcie, że jakkolwiek na to narzekał! Kochał z nimi pracować, uczyć ich to nowych rzeczy, bo do szkoły przecież nie pójdą. W gruncie rzeczy nie pojawią się tam nigdy. Rosną zbyt wolno, rozwijają się zbyt wolno, co może potwierdzić jedynie ich wiek – Plushie skończył w zeszłym miesiącu coś koło osiemdziesiątki, będąc dalej na poziomie przedszkolaka, Balloonowcy mają już coś około stu jedenastu lat, natomiast FredBear…
Z nim to już inna historia. Na chwile obecną skończył trzysta trzydzieści trzy lata, ale rozdwojenie jaźni dzieli go na pół. Można rzec, że staje się rośliną, gdy druga połówka podkrada wspomnienia i fragmenty prawdziwego jego.
Nawet nie wyobrażacie sobie, jak strasznie ruszyło Fritza, gdy tylko się o tym dowiedział…
Zapłakał nieświadomie w momencie, w którym wypowiedział ostatnie zdanie swojego rozdziału. Młodzi zdążyli już zasnąć, więc podniósł się z konta i wyłączył wcześniej zapaloną lampę.
- Dobrej nocy, kochani - szepnął niewyraźnie i z przyzwyczajenia, na co usłyszał jedynie przytłumiony pomruk Bonniego, mający najprawdopodobniej oznaczać życzenia jak najszybszej śmierci.
Pogładził z ostrożnością różową czuprynę animatronika z szerokim uśmiechem, momentalnie zakrywanym przez łzy. Jakoś tak same cisnęły mu się na policzki, przy okazji łącząc się na fioletowej bródce, by chwilę później opaść na czerwone policzki kobiety i rozmyć fragment jej jakże pięknego makijażu.
Nie można opisać szczęścia, które w tamtej chwili zdawał się odczuwać.
Gdy przypomni sobie te całe dni w samotności, gdy był opuszczony przez wszystkich i kisił się tu bez powietrza…
Ale wie, że nie na marne.
Teraz jest już tego w pełni świadomy.
Czuł bicie jej pompy.
Takie… delikatne...
- Obiecałem… - wyszeptał, gładząc zewnętrzną stroną dłoni czoło kobiety. – Obiecałem…
-----
-----
Pamiętacie, jak mówiłam, że to opowiadanie nie będzie miało żadnych powiązań z "Nocą"...?
Obawiam się, że kłamałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz