W budynku dość znanej pizzerii Pana Fazbear’a występują ludzie, zmieniający
dawne animatroniki. Rdzewiały się one w zastraszającym tempie, naprawdę często
dochodziło do zwarć, natomiast ta… eghem, ‘mała’ grupka naszych bohaterów ma
swój dość dziwaczny „sposób” na czas, dzięki czemu kompletnie się nie starzeją.
Żyją sobie w spokoju od około dwustu lat, powoli popadając w paranoje i
załapując dziwaczne zachowania, przez co potrzebują całodobowej opieki -
medycznej, psychologicznej jak i tej innej, jakby zwyczajnej, od normalnych
ludzi, pilnujących, aby nie roznieśli budynku, jak to już kiedyś się zdarzyło…
Cóż, bywają takie przypadki i praktycznie nikt nie umie w nie uwierzyć,
zupełnie jak we włosy Jeremy’ego, zmieniające kolor na odpowiedni do odzwierciedlenia
emocji, które w danej sytuacji odczuwa. Plotki o tym dość szybko rozeszły się
już po całym osiedlu, następnie mieście i kilku innych sąsiednich
miejscowościach, chłopak jednak dalej nie chce pokazywać swoich ‘kudłów’,
trzymając je pod kapturami kolorowych bluz. I, jeśli o samą „moc” chodzi,
pojawiła się wraz z momentem, w którym dziwnym trafem pięcioletniemu Jeremy’emu
udało się przeżyć podczas ogromnego pożaru. Wszyscy z pięciu budynków zginęli,
zupełnie jak i matka chłopaka, natomiast biedakiem nie miał się kto zająć, a
raczej nie chciał. Pewnie ktoś dojebie teraz coś o ojcu, ale jego nie
było. Dlaczego? Uciekł tuż po narodzinach Jeremy’ego, pieprzony tchórz…
Mniejsza, wracając do wcześniejszego tematu.
Pięciolatek w tamtej chwili otarł się o śmierć, mocno krzywdząc swoje ciało jak
i psychikę; a jednak, Bóg sprawił, że dalej tu jest i musi się użerać ze swoją
ukochaną rodziną zastępczą [czterdziestoletni Ronald został ojczymem,
trzydziestosześcioletnia Anestia Niby-Matką – poza tym, jest jeszcze
‘oryginalną’ ciotką Jeremka – natomiast Nito jego trzynastoletnim kuzynem,
naprawdę ostro odstający od okropnych rodziców], wysyłającą go do pracy. Na
dzień obecny ma szesnaście lat i nie chodzi do szkoły, bo, z prosta, zostało mu
to zabronione. Dodatkowo, niby przypadkiem, to niezbyt mało na zajmowanie się
takimi ‘nieśmiertelnymi’ szaleńcami z FFP? Taa, na pewno za mało, pomijając sam
fakt, że Jer-Jer wygląda na wiele starszego, dzięki czemu nie byłoby większego
problemu w dalekiej przyszłości, dodatkowo do takiej a’la pracy ‘na czarno’
dopuszczają "drobniejsze" osóbki, zupełnie jak on…
"Ważne jest to, że będą pieniądze!"
…
Idioci.
"Początek, wkurw i inne pierdoły".
Kaptur, jak zresztą zwykle, nasunięty aż na same
zieloniutkie, błyszczące oczy, wręcz bijące przechodni swoim zjadającym, wrogim
spojrzeniem, dłonie wraz z całymi ramionami dyndające niespokojnie, niby
szykujące kieszeni, oraz ten ciężki, charakterystyczny i zarazem luźny,
szczeniacki chód…
Nawet najmniej zorientowany mieszkaniec bądź losowy przechodzień umiał
rozpoznać po tym młodego Jeremy’ego. Nie zerkali jednak nie niego zbyt
przyjaźnie; ogółem ostatnio robił się z niego okropny odludek, głównie przez to
wszystko, co ostatnio się z nim – i nie tylko - podziało. Dodatkowo, stał się
cholernie opryskliwy i nieraz nawet stawał w bojowym nastawieniu do samego,
rąbanego listonosza bądź randomowej osoby, pytającej o drogę. Dorastanie… –
szeptali tylko między sobą, nie próbując już zbytnio wypytywać o wszystko
samego młodziaka, bo najlepiej ‘zrzucić’ wszystko na tego typu rzeczy. I,
proszę, ktoś domyśliłby się, że to może być przez prace? Przez tą całą rąbaną
Pizzerie Fazbear’a…? Nope. Koniec końców, czy któryś z nich wpadł by na to, że
Jeremy każdego wieczoru skradał się na tyły budynku FFP po to, aby wziąć się za
pracę z tymi całymi szaleńcami, hmm? Czy pomyśleliby, że „Wielka i Wspaniała”
rodzina Fitzgeraldów wyśle na zarobek szesnastoletniego, niby słabego chłopca?
Non. Zbyt dobrze sobie to poukładali, niczym Puppet conocne ataki na plecy
Jeremka.
Bolesne, niczym upadek z konia…
Zielonooki potrząsnął jedynie głową, wracając do rzeczywistości i wpychając
słuchawki w uszy; teraz chciał jedynie, by ludzie przestali patrzeć się na
niego jak na zwierzę w zoo. Bał się, że mimo wszystko ktoś naprawdę zauważy
jego niebieskawe włosy, odzwierciedlające… ohh, akurat ten sam wielki i potężny
strach…
***
- Kurwa…
Freddy, to już piąty raz w tym tygodniu! – krzyknął Jeremy, widząc, że
wszystkie światła gasną. Cóż, misiek miał to do siebie, że lubił bawić się w
elektryka odkąd tylko odnalazł skrzynkę z bezpiecznikami na zapleczu, dodatkowo
otwartą, bez żadnego zabezpieczenia. Tamci idioci z głównego wydziału
technicznego po prostu nie mogli umieścić jej w sekretnych, chronionych
pokojach, których było pod dostatkiem, albo chociażby zamknąć, w jakiś sposób
zabezpieczyć, mehh…
"Bo po co to komu".
W korytarzu zdawało się słyszeć znajomy chichot, na co chłopak wywrócił oczyma
tak mocno, że aż go zabolało.
- Freddy,
Grubasie! – ryknął ponownie. – No co ty wyrabiasz, kurde, no?! Wzywam Cię do
porządku!
- Niech to!
– zabrzmiał niski, męski głos za drzwiami biura. – Ułom mnie zauważył!
- Ej, ej,
nie kozacz tak bo się do Ciebie przejdę… - odparł po chwili.
- Cholera!
- Moja
Cierpliwość ma granice, mój dr…
- Chuj! –
przerwał Fredziak.
- Co żeś
powiedział?!
- Chuj Ci w
ryj~!
Jeremy uniósł się z krzesła. Końcówki jego włosów znowu zaczęły falować i
przybierając czerwony kolor, ręce natomiast stuknęły płasko o blat biurka.
- Nie mów
tak we Freddy’s Fazbear Pizza! – wydusił w końcu.
- A jak
będę mówił, to co? – zaśmiał się. - I tak gówno mi zrobisz~! – tu
najprawdopodobniej zaczął się jego bieg spod któryś drzwi. Wyraźnie było
słychać stukanie idealnie czystych, wręcz paskudnie wylakierowanych butów.
I co?
Koniec końców udało mu się wprawić Jeremy’ego w dość dziwaczny stan, a było to
najwyraźniej jego celem; bez dłuższego namysłu wyjebał drzwi z buta, same jego
włosy natomiast, dosłownie całe czerwone ze złości, wręcz falowały nad jego
głową, powoli dorównując kolorowi rozgrzanych policzków. Zamachnął się i
wyślizgnął z ciasnego, zatęchłego pomieszczenia znanego głównie jako biuro, po
czym wybiegł na korytarz.
- Parówo! –
ryknął, zrywając się do biegu i jakiś moment później czując, że ktoś rzucił się
na jego plecy. Owa osoba odchyliła i jego głowę w stronę swojego pyszczka,
wystawiając wargi na niby-pocałunek.
- Daj
całusa, daj całusa~! – wykrzyknął białowłosy z... eghem...
"entuzjazmem[?]" w swoim wysokim głosiku.
- MÓJ BOŻE,
MANGLE! - ryknął chłopak, wiercąc się i podejmując próby uwolnienia z uścisku
Lisa, który, w zastraszająco szybkim tempie, zbliżał swoje wymalowane, gejowate
usta, w stronę warg szesnastolatka. – STAPH!
- Kiedy
taka okazja może się nie powtórzyć, kochany, więc, proszę grzecznie, trzymajaj
się w jednym miejscu, bo nie mam zamiaru usypiać Cię w jakikolwiek sposób~… -
mruknął jeszcze, zbliżając się na naprawdę okropną odległość, która już dawno,
dawno naruszyła przestrzeń prywatna szesnastolatka. Tuż przed ostatecznym
prześlinieniem pojawił się Toy Bonnie, z pozą jakiegoś wybawcy, dodatkowo
trzymając czerwoniutką gitarę w uniesionej łapce. Na jego twarzy malował
się spokój, szybko zmieniający się w obrzydzenie, gdy musiał podepchnąć swój
ukochany instrument tuż pod ryjec Mangla.
Odsunął głowę Lisa od Jeremy’ego i przerzucił go w łapki Puppet, uziemiającej
go mocnym tulasem. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze reakcje i bolesne
próby wyrwania się z uścisku.
- Jer-…
- Słuchaj –
przerwał ostro Bon Bon, łapiąc końcówkę koszulki białowłosego. – Albo ogarniesz
się z tym Jeremisiem, albo… - tu wskazał palcem na nieco zdezorientowanego
chłopaka, przyciągającego się powolutku do którejś z szafek, po czym przeniósł
łapkę w stronę długiego korytarza – albo tam są drzwi.
Mangle mruknął coś tylko, na chwile przestając ruszać się w sposób porównywalny
do tłustego robaka, udając w dość dobry sposób i na niby zaświadczając o tym,
że już nie będzie się tak zachowywał. Po dłuższej chwili, gdy Marionetka
wreszcie wypuściła go z uścisku, wziął najzwyczajniejszy oddech, po czym niby
niespodziewanie naprężył się i skoczył na stróża, będącego już praktycznie w
biurze. Chłopak przewalił go na ziemię, Toy Bonnie natomiast, w jakimśtam swoim
odruchu pierdolnął gitarą w stronę dwójki, mając najwyraźniej zamiar dowalić
Lisowi, gdy ten się uchylił i to akurat zielonooki dostał w głowę.
No to pięknie… - zdążył jeszcze pomyśleć, zanim kompletnie odpłynął, a jego
ciało przetoczyło się fragment po podłodze.
-----
-----
Dalej nie wierzę w
to, że się zebrałam i napisałam cokolwiek. Cóż... koniec
końców przyrzekał sobie człowiek, że już nigdy nie weźmie się za
coś w... tym... stylu...
Ale mniejsza.
Jakoś poszło,
chociaż całość dalej wydaje mi się nieco sucha. ;w;
Plus, jeszcze raz przepraszam za te odstępy; nie umiałam ich usunąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz