poniedziałek, 20 kwietnia 2015

I am still here - Rozdział I:Nowa praca, nowe miasto, nowe życie...

     Wyszłam z biblioteki - kolejny dzień z nosem w książkach, słuchawkami na uszach i... w samotności. Nigdy nie miałam przyjaciół. Hmm... dlaczego? Po prostu ich nie potrzebuję. Nauczyłam się żyć licząc tylko na siebie. Poza tym... nikt nie lubi okularników, którzy... egh... czytają. Nikt nie lubi czytających ludzi. Uważają ich za... dziwnych...
     Przemierzałam tak kilka kolejnych ulic, co jakiś czas poprawiałam spadające okulary. No i... co to za dzień, gdyby obeszło się bez jakiejś głupiej sytuacji? Poczułam uderzenie, chwilkę później leżałam na ziemi. Auuć... nieźle walnęłam głową o krawężnik. Bolało. 
     Podniosłam się do pozycji siedzącej i przetarłam twarz. Okulary! Chwyciłam je szybko, na szczęście leżały obok mnie. Ahh... znowu będę musiała wymieniać szkła. I to wszystko przez kolejną, tak strasznie wciągającą, książkę... mogłabym się z tym hamować...
     Włożyłam je do torby. Dam se bez nich radę... a przynajmniej tak sądzę.
     Spojrzałam przed siebie by zobaczyć, czy wszystko w porządku. Brunet o niebieskich oczach... powoli się podnosił. Nie rozmazywał się ani odrobinkę.
  - Wszystko w porządku...? - spytałam cicho zbierając książki, które wypadły mi z torby. Zerkałam na niego, lekko się czerwieniąc. - Przepraszam...
  - Taa... - usłyszałam jego piękny głos.- Nic mi nie jest. I nie przepraszaj, to moja wina. Zagapiłem się...
     Uśmiechnął się lekko, podał mi kilka 'cegieł' i pomógł wstać.
  - No i... eee... korzystając z okazji... - no Kate, nieźle wypadłaś... - wiesz, w którą mańke do Fazbear'a...?
  - Hmm?
  - Znaczy... w którą stronę?
  - Tam - wskazał na most. - Przejdź nim na drugą stronę, potem w prawo Camstreet... a tak swoja drogą, pracuję tam, właśnie dostałem wezwanie. Co ty na to, żebyśmy...
  - Jasne~! Znaczy... ten... dobra... - przetarłam nerwowo kark, lekko sie czerwieniąc. Cóż... w końcu można z kimś pogadać. Normalne, że mi odwala. - Tak w ogóle, to... jestem Kate.
  - Mike - uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wskazał gestem, żebym ruszyła jako pierwsza. - Nowa w mieście?
  - Mhm...
  - Rozmowa o prace?
  - Niby tak, bo... z tego co wiem zostałam przyjęta...
    Prychnął cicho. Dalej się uśmiechał, przez rozchylone wargi można było zobaczyć rządek jego równych, białych zębów.
***
     W końcu dotarliśmy na miejsce. Otworzył szklane, prostokątne drzwi. Weszliśmy do środka. Było po prostu... hm... jakby to opisać w jednym słowie...? Pięknie, cudownie... nie wystarczy. Lubie fioletowy, niebieski, granatowy, szary, czarny i biały, a tu użyli ich w taki genialny sposób... plus purpurowy królik na scenie. Ja... ja chce tu mieszkać. W trybie NOW!
  - No to... jesteśmy - ruszył w stronę korytarza. - Chodź... pierwsze spotkanie z szefem najwidoczniej nie będzie takie złe. I... pff... 'samotne'. Niezły z niego... dziwak... - czyli... eee... mam się bać?
     Chwilkę później znajdowałam się już w biurze, Mike właśnie zamykał drzwi. Owy człowiek siedział do nas tyłem. Krzesło obrotowe...
  - Dzień dobry... - zaczęłam cicho. Podeszłam trochę bliżej i usiadłam na krześle.
Wtedy facet raczył się obrócić. Moim oczom ukazał się ukazał się gościu z fioletowymi spiętymi w kucyk, na twarzy miał maskę tego miśka z plakatów.
     Przez szparę. pomiędzy górą, a dolna częścią, było widać głupkowaty uśmiech.
  - Zaczęło się... - szepnął Mike.
  - Ohh... dzień dobry, dzień dobry panienko~! - ściągnął maskę, położył ją na biurku, po czym sam się o nie oparł. - W sprawie pracy, hmmm?
     Pokiwałam tylko głową. No, głos ma ładny. Tak samo jak oczy. Zielooone...
  - Imię?
  - Kate...
     Przegrzebał szufladę, wyjął z niej jakieś dokumenty.
  - Rzeczywiście... mam tu papiery zgłoszeniowe~. Już wcześniej je czytałem i została panienka przyjęta! - taka cholerna radość w głosie... jak on to robi?
     Uśmiechnęłam się.
  - A mnie po co wezwałeś, Vincent? - spytał Mike. Nie siadał, cały czas bujał się z palców na piętę, rozglądając się to w tą, to w tamtą...
  - Ahh... Freddy się zepsuł - powiedział trochę poważniejszym tonem, radość jednak nie odeszła gdzieś na bok. Było jej po prostu mniej.
     Chłopak przewrócił oczyma.
  - Znowu...? - jęknął. - Dlaczegooo...?
  - Spytaj się go, a nie... - prychnął, dalej się uśmiechając.
     Mike spiorunował go wzrokiem, zaśmiał się, wziął maskę i wyszedł. Sama chciałam to zrobić, jednak... Vincent, o ile tak ma na imię... przytrzymał mnie. Zaczął gadać o zasadach i tak dalej... nudne, za razem ciekawe. I... co mogę o tym wszystkim powiedzieć? Kolejne genialne miejsce ze swoja własną historią.
Nieprawdopodobną, ale... piękna. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz